KUALA LUMPUR W JEDEN DZIEŃ

Dawno nas tu nie było. Przez te dwa lata podróżowaliśmy dość intensywnie, więc czas nadrobić zaległości. Zaczniemy tam, gdzie skończyliśmy czyli podróży po Azji ciąg dalszy!

Tym razem wybraliśmy się na jedniodniówkę do Kuala Lumpur. Zwiedzając Azję prędzej czy później tam trafiamy, głównie ze względu na węzeł przesiadkowy linii Air Asia, którą tanio dotrzemy do większości azjatyckich krajów. Kuala Lumpur to chyba najczęściej odwiedzane przez nas azjatyckie miasto. Zawsze wydaje nam się, że znamy je już dość dobrze, ale za każdym razem znajdujemy coś, co wcześniej nieświadomie ominęliśmy. Nawet po kilku wizytach mamy jeszcze na liście miejsca do odwiedzenia następnym razem. 

Na lotnisko w Kuala Lumpur wylądowaliśmy już o 5:20 nad ranem. Chwilę później udaliśmy się do najbliższej lotniskowej restauracji zjeść szybkie śniadanie. Już podczas planowania podróży wiedzieliśmy, że pierwszą potrawą, którą zjemy w Malezji będzie Nasi Lemak. 
Jest to słynne malezyjskie danie, określane nawet mianem „narodowego”, spożywane często jako śniadanie. Znajdziemy w nim ryż ugotowany na mleku kokosowym, jajko na twardo lub sadzone, suszone anchovies, orzeszki ziemne, często kawałek ogórka, kawałek kurczaka lub jagnięciny oraz bardzo pikantna pasta sambal.Taki zestaw kosztuje w przeliczeniu 10 PLN i jest bardzo pożywny. Zwykle na talerzu zostawiamy tylko suszone anchovies, bo chociaż małe rybki można jeść jak czipsy, odstrasza nas ich przesolony smak i łypiące, ususzone rybie oczka.
Ciekawostka: Nasi Lemak został uznany przez magazyn TIME za jedno z 10 najzdrowszych śniadań na świecie! 

Tuż po posiłku udaliśmy się do Batu Caves. Położone są około 13 kilometrów od Kuala Lumpur, ale można łatwo dojechać tam pociągiem. Wstęp do głównej jaskini, „Jaskini Katedralnej”, jest bezpłatny, do mniejszych jaskiń można dostać się za opłatą.
Jaskinie Batu robią wrażenie szczególnie rankiem, gdy nie ma jeszcze wielu turystów. Są one celem pielgrzymek hinduistów i popularną atrakcją turystyczną w okolicy.
Pierwsze co napotkaliśmy po drodze to małpy, biegające jak bezpańskie psy. O ile miło się na nie spogląda z niewielkiej odległości, o tyle ich zaczepki i prośby o jedzenie spowodowały, że udzieliły nam się lekkie ataki paniki. 
Do Jaskini Katedralnej prowadzą 272-stopniowe schody. Dość śliskie, gdyż dużo na nich śmieci, ale widok, który na nas czekał warty był wspinaczki. To właśnie podczas wejścia rzuciły nam się w oczy niezliczone ilości tanich, chińskich japonek. Niby nic takiego, ale ich właściciele poruszali się w nich jakby chodzili boso, często ponad połowa klapka znajdowała się gdzieś poza stopą, co nie przeszkadzało w szybkim marszu po schodach. A skoro japonki noszone na krańcu stopy nie ułatwiają chodzenia, a czarna od błota stopa praktycznie sunie po ziemi, zastanawialiśmy się czy nie lepiej byłoby oszczędzić planecie kolejnego kawałka plastiku i biegać boso.
Sama jaskinia jest piękna, pełna stalagmitów i stalaktytów oraz hinduskich ołtarzy. Szkoda tylko, że tonie w śmieciach.

Zmęczeni wędrówką i małpią żebraniną, postanowiliśmy udać się do Suria KLCC – centrum handlowego w dolnej części Petronas Towers – głównej wizytówki miasta.
Niektórzy twierdzą, że wieże są przereklamowane i to tak naprawdę nic innego jak kupa żelastwa, ale na żywo, w pełnym słońcu lub oświetlone o zmierzchu robią piorunujące wrażenie. Są punktem orientacyjnym w mieście, łatwo dostępnym również pod względem komunikacyjnym. Są też popularnym tłem do selfie.

Ciekawostka: do budowy wież zatrudniono dwie różne firmy, które ścigały się, która pierwsza zakończy budowę, a same wieże pojawiły się w wielu filmach (m.in. Osaczeni z Catherine Zeta-Jones i Seanem Connery)
Dookoła wież znajduje się park zwany KLCC, a na dole wieżowca wspomniane już, duże centrum handlowe. Sklepów i restauracji jest tam chyba tyle samo co turystów.

Po obiedzie udaliśmy się na spacer ulicami miasta, żeby spróbować lokalnych „street foods”. Cena 1RM za sztukę (1RM to mniej więcej 1PLN) zachęca do próbowania nowych rzeczy, nawet tych do których pochodzenia ani rodzaju nie jesteśmy pewni.
I chociaż jest wiele głosów, że można kosztować wszystkiego bez ograniczeń, bo w końcu są wakacje i tego w Polsce nie ma, zawsze staramy się kupować jedzenie na większych stoiskach, gdzie kupują też localsi. Wiadomo, pewności nigdy nie ma, ale jak na razie udaje nam się minimalizować ewentualne żołądkowe konsekwencje. 

Miłośnicy ptaków powinni odwiedzić Ptasi Park. Rozciąga się nad nim ogromna siatka, dzięki której ptaki mają dużo przestrzeni do latania i w większości nie są trzymane w klatkach. W parku znajduje się ponad 200 gatunków azjatyckich ptaków. Ogród nadaje się na długi spacer, jest tam dużo miejsca do wypoczynku. Do Parku najwygodniej dostać się taksówką.

Około 18:00 zaczęło się już robić szarawo, a poprzednia nieprzespana noc w samolocie dała nam się we znaki. Na szczęście w Kuala Lumpur za niewielką cenę można znaleźć wygodne, kilku gwiazdkowe hotele, nawet z widokiem na wieże. Dzięki temu mogliśmy zregenerować siły, gdyż następnego dnia czekała na nas kolejna kilkugodzinna podróż, tym razem do Australii!

One Reply to “KUALA LUMPUR W JEDEN DZIEŃ”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *