DLACZEGO NIE WRÓCIMY DO HONGKONGU – 9 POWODÓW

W Hongkongu postanowiliśmy spędzić wyjątkowo dużo czasu, zaplanowaliśmy prawie tygodniowy pobyt zachęceni wieloma pozytywnymi opiniami znalezionymi w internecie i przewodnikach. Już pierwszego dnia pożałowaliśmy tej decyzji. 

1. LOT

Pierwszą oznaką
tego, że coś może pójść nie tak był sam lot. Lecieliśmy samolotem już ponad sto
razy, ale jeszcze nigdy nie doświadczyliśmy tak dramatycznych turbulencji. W
pewnym momencie wydawało nam się, że to nasz ostatni lot, a pośród płaczu i
krzyków w języku chińskim przypominały nam się najgorsze katastrofy lotnicze
oglądane w wiadomościach. Gdy ledwo żywi i rozbici psychicznie wychodziliśmy z
samolotu, nasz pilot, Amerykanin o imieniu Jimmy, żegnał się z każdym z osobna
i przepraszał za niedogodności. Był tak miły, że od razu zapomnieliśmy o całym
zdarzeniu, byliśmy przecież podekscytowani wspaniałym Hongkongiem, według
przewodników krainą mlekiem i miodem płynącą.

2. NOCLEG

Lotniskowy
autobus podwiózł nas pod sam … no właśnie, ciężko to nazwać hotelem,
hostelem, pensjonatem. Wybierając ten „budynek” jako nasz punkt zaczepienia,
kierowaliśmy się głównie ceną i opiniami gości. Niestety, nasz próg
cenowy obejmował nisko oceniane noclegi, ale wydawało nam się, że i tak
wybraliśmy opcję najlepszą z najgorszych.
Wiele osób przed wyjazdem czyta przewodniki, aby dowiedzieć czego spodziewać się
na miejscu. Na nasze szczęście dopiero po powrocie z Azji, przeglądając
przewodnik zauważyliśmy, że w osobnym akapicie opisano i naszą kwaterę. O tym, czego nigdy wolelibyśmy się nie dowiedzieć, przeczytacie na końcu posta.
Budynek był
ogromny. Na parterze znajdowała się hala targowa, w której można było kupić
wszystko, począwszy od podrabianej elektroniki i odzieży, po jedzenie szykowane
na miejscu ze składników niewiadomego pochodzenia. Pomijamy już brud, śmieci,
błoto i różne formy życia, które zbudowały tam swoje królestwo. Co dziwne, nie
było tam zbyt wielu Chińczyków, spotkaliśmy głównie Hindusów i Arabów. Wszyscy, jak
zwykle zresztą, dziwnie się nam przyglądali, gdy próbowaliśmy znaleźć jakieś
ukryte drzwi, którymi weszlibyśmy do naszego hotelu. Okazało się, że w budynku
jest kilka wind i każda z nich zatrzymuje się tylko na wybranych piętrach. Nasza winda znajdowała się obok stoiska z tytoniem. Przez cały pobyt gubiliśmy się w labiryncie sklepików i bazarków, szukając drogi do naszej nieszczęsnej windy. Pięter było około 50, windy kilkuosobowe, a przy każdej z nich długa kolejka. Z
naszymi plecakami zajęliśmy pół windy, co nie spotkało się z uznaniem osób
stojących za nami.
W końcu udało nam
się dotrzeć do miejsca, w którym mieliśmy spędzić prawie tydzień. Pomijając
odstręczający zapach, który wciąż śni nam się po nocach oraz brak znajomości
angielskiego u recepcjonisty, byliśmy zadowoleni, że w końcu dotarliśmy na
miejsce. Dobry humor zniknął po otwarciu drzwi do naszego pokoju.
Byliśmy świadomi,
że w Hongkongu jest ciasno, więc pokój bez okna, w którym ledwo mieściły się
dwa pojedyncze łóżka nie był czymś czego się nie spodziewaliśmy. W tak ciasnym
pokoju znalazło się miejsce na szafę dwudrzwiową, w której znajdowała się
toaleta, bateria prysznicowa i mała umywalka. Ani ja, ani Miłosz, nie mogliśmy
się tam zmieścić. Dodatkowo obiekt ten nie był oświetlony, a korzystanie z
łazienki przy otwartych drzwiach też nie wchodziło w grę, gdyż drzwi nie dało
się dobrze otworzyć przez stojące obok łóżka.
Na szczęście
problem jak korzystać z szafo-łazienki został szybko rozwiązany. Naszą uwagę
przykuła dziwna brązowo-pomarańczowa plama obok toalety. Niestety, okazało
się, że plama jest żywa, a co najgorsze jest zbitkiem mniejszych plamek o
długości 10 cm plus wąsy. Nasza łazienka była zamieszkała przez azjatyckie
karaluchy. Postanowiliśmy
się nie poddawać i walczyć o swoje. Niestety karaluchy były silniejsze i nasze
chińskie klapki nie dały im rady. Szafo-łazienka została zamknięta na cztery
spusty, a my staliśmy się częstymi gośćmi pobliskiego MacDonalda. 

Lonely Planet (wolne tłumaczenie): „Zła sława budynku jest oparta na opowieściach, tych zmyślonych i prawdziwych o pożodze, przestępstwach i niezidentyfikowanych ciałach. Każdy powinien odwiedzić to miejsce chociaż raz.”


3. PRZESTRZEŃ


A raczej jej brak. Hongkong jest idealnym dowodem na to, że chcieć to móc i wszystko da się jakoś upchnąć. Mieszkańców miasta przybywa, a powierzchni mieszkalnej nie da się tak łatwo rozciągnąć. Pozostaje przyzwyczaić się do klaustrofobicznych pomieszczeń i wszędobylskiego ścisku. Widać go przede wszystkim w zatłoczonych miejscach, takich jak metro, centra handlowe, główne ulice. Przebywanie tam przez kilka godzin, dzień lub dwa może da się jakoś znieść, ale na dłuższą metę może być ciężko. Niestety u nas frustracja wzrastała proporcjonalnie do spędzonego tam czasu. 
W Hongkongu trzeba często używać schodów, na szczęście nawet na otwartych przestrzeniach zbudowano schody ruchome. Ma to swoje plusy, ale biorąc pod uwagę gorący i duszny klimat, jednokierunkowe, długie schody, z których nijak nie da się zawrócić i ludzi chcących jak najszybciej dotrzeć do celu, taka kilkunastominutowa przejażdżka nie należy do najprzyjemniejszych.
W związku z tym, że kilka dni wcześniej przechadzaliśmy się po Sydney, gdzie przestrzeni było aż nadto, w Hongkongu czuliśmy się jak w klatce.

4. CZYSTOŚĆ


To, że w wielkich miastach ciężko utrzymać porządek nie jest niczym nowym. Jednak w porównaniu z innymi metropoliami, które odwiedziliśmy (Singapur, Kuala Lumpur, Bangkok), różnica była ogromna. Oczywiście w miejscach bardzo turystycznych panuje jako taki porządek, niestety czasami zdarzyło nam się wejść w mniej komercyjne uliczki, aby zobaczyć, że koszem na śmieci jest wszystko to, co należy do przestrzeni publicznej. Połączenie tego z parną pogodą i smogiem sprawia, że zakup maski tlenowej nie wydaje się przesadzonym rozwiązaniem. Natrafiliśmy na wyjątkowo parną pogodę z niską przejrzystością powietrza. Możliwe, że w bardziej słoneczne dni, smog się rozrzedza i atmosfera jest całkiem przyjemna. Niestety nie możemy tego potwierdzić.

5.ZWIEDZANIE

Hongkong to idealne miejsce, aby pochłonąć (dosłownie i w przenośni) wielkomiejski klimat. Drapaczy chmur, biurowców i nowoczesnych budowli jest bez liku.
Aby zmienić krajobraz trzeba się trochę nachodzić i to właśnie spacery zajmowały nam największą ilość czasu. Dzięki nim odkryliśmy kilka mniej znanych miejsc, wyjątkowo urokliwych i kontrastujących z nowoczesnym otoczeniem. Niestety w większości te klimatyczne miejsca zostały wchłonięte przez nowoczesne budowle i góry śmieci.

A teraz koniec narzekania. W tym poście opowiadamy co nam się w Hongkongu spodobało!

One Reply to “DLACZEGO NIE WRÓCIMY DO HONGKONGU – 9 POWODÓW”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *