SYDNEY – SUBIEKTYWNY PRZEWODNIK

Sydney to definitywnie jedno z najbardziej luzackich miast, jakie mieliśmy okazję zwiedzić. Nie wiemy czy to za sprawą napotkanych tam ludzi, pogody, czasu, który płynie dziwnie powoli.

Można by powiedzieć, że Sydney to głównie słynna opera. Tak, byliśmy nią zachwyceni i zrobiliśmy jej ilość zdjęć porównywalną do sesji Misia Koala, ale po kilku dniach tam spędzonych wiemy, że Sydney ma w sobie coś więcej. Jest po prostu cool.
Już po samym wyjściu z samolotu zobaczyliśmy tabliczkę „Welcome to Sydney” i mieliśmy ochotę skakać pod sufit. Po standardowej kontroli podszedł do nas przemiły, starszy pan, który dopytywał czy w czymś może nam pomóc (niestety, we wszystkich możliwych miejscach wyglądamy jak typowi turyści). Okazało się, że na lotnisku wolontariuszami są właśnie emeryci, którzy opiekują się zagubionymi turystami i przy okazji służą jako informacja i pomoc dla zabłąkanych.
Sydney zwiedzaliśmy kawałek po kawałku, głównie podczas długich spacerów. Chociaż trafiliśmy na późną, australijską wiosnę, temperatura nie spadała poniżej 20 stopni. Postanowiliśmy wykorzystać tak piękną pogodę (tym bardziej, że pierwszego dnia lało jak z cebra) i pozwiedzać jak najwięcej.

Po wyjściu z „Sydney Wildlife World” gdzie spotkaliśmy zwierzaki z poprzedniego posta, udaliśmy się na spacer wzdłuż portu, w piękną pogodę roiło się od rowerzystów, spacerowiczów, biegaczy i osób jeżdżących na rolkach.

Droga prowadziła nas prosto do Sydney Harbour Bridge, drugim po operze charakterystycznym budynkiem tego miasta. Można przez niego przejść bezpłatnie, ale górną część i tą pod spodem można zwiedzić tylko z przewodnikiem. Wstęp około 10AUD (czyli około 30PLN)
Wspomnieliśmy już, że w Sydney jest drogo? Oczywiście dla osób przyzwyczajonych do cen w złotówkach lub właśnie wracających z tanich krajów azjatyckich. Po zwiedzaniu Wildlife World i kilkukilometrowym spacerze ostro zgłodnieliśmy, ale we wszystkich napotkanych knajpkach odstraszały nas ceny.

To właśnie wtedy, w niewielkiej piekarni przy Harbour Bridge odkryliśmy coś, czego smak pozostał w nas na zawsze – BANANA BREAD (poniżej nasza wersja, którą upiekliśmy na wrocławski Restaurant Day). Ni to ciasto, ni to chleb, ale dla głodnego było idealną przekąską. Okazało się, że przepis jest banalnie prosty, dzięki czemu już po powrocie upiekliśmy kilka blaszek i został on jednym z naszych flagowych wypieków.

Posileni i zadowoleni ruszyliśmy trochę szybszym tempem, gdyż tuż za rogiem czekała na nas słynna opera. Wybrzeże położone nieopodal opery, Circular Quay, jest jednocześnie pełne wieżowców, statków, mew, zieleni, turystów i wiktoriańskich budynków. Jest tu dużo przestrzeni, a słynny most z jednej strony a opera z drugiej są świetnym tłem do zdjęć.

Sam port w Sydney robi wrażenie, szczególnie, gdy spoglądamy na niego z Harbour Bridge lub Royal Botanic Garden. Jest pełen promów, statków, stateczków, łódek, kutrów i wszystkiego co pływa po morzach i oceanach.

Pierwszą myślą, która przyszła nam do głowy po zobaczeniu opery było: „Ale ona żółta”. Nawet na naszych zdjęciach budynek jest bielszy niż w rzeczywistości. Nic dziwnego, ma już swoje lata. Oglądać operę z zewnątrz można bez żadnych opłat, więc do woli można delektować się tą ekspresjonistyczną wizytówką miasta.

Kierując się dalej dojdziemy do Royal Botanic Garden, który założono dokładnie 200 lat temu! Jak wspomnieliśmy w poprzednim poście, jest on pełen tabliczek typu: „Spaceruj po trawie. Zachęcamy Cię do wąchania róż, przytulania drzew, rozmowy z ptakami i pikniku na trawniku. Eksploruj, weź udział w darmowej wycieczce z przewodnikiem lub skocz w bezszynowy pociąg”. Zastanawialiśmy się czy osoby pracujące w pobliskich wieżowcach w taki właśnie sposób spędzają przerwy na lunch.

Kilkukilometrowy spacer dał nam w kość, ale wieczorem wróciliśmy na Circular Quay raz jeszcze (tym razem metrem), żeby delektować się widokiem miasta o zmroku.

Bondi Beach

Warto wybrać się na Bondi Beach. Jest to najsłynniejsza plaża w mieście, pełna surferów, turystów, idealna wizytówka miasta. Trafiliśmy na wietrzną i chłodną pogodę, więc nie mieliśmy okazji zobaczyć wielu surferów w akcji, ale sam spacer po plaży, na punkt obserwacji wielorybów lub przechadzka nisko zabudowanych osiedlem graniczącym z plażą było dla nas fajnym doświadczeniem. Chwilami czuliśmy się jakbyśmy widzieli na żywo kadry z australijskich seriali dla nastolatków.

Speaker’s Corner

Jest też w Sydney miejsce nie tak oczywiste, nie da się go zwiedzić, bo trafić tam możemy tylko w niedzielę około południa. Mowa o Speaker’s Corner. To tam właśnie mamy okazję stanąć na drewnianym podeście/skrzynce/krześle i wygłosić przemowę na jaki tylko temat mamy ochotę. Możemy liczyć na mniejszą lub większą publikę, która będzie do nas zwykle nastawiona przyjaźnie. Jest to o tyle ciekawe, że każdy z przemawiających nie koniecznie optuje za jakimś konkretnym hasłem. Czasem chce po prostu podzielić się z innymi tym, że świat jest piękny, ma dobry dzień, jest ładna pogoda.
Jeden z mówców widząc nas spacerujących alejkami (a jakże, przecież zawsze rzucamy się w oczy), zaczął nas usilnie namawiać byśmy zajęli jego miejsce i powiedzieli coś do kilku osób stojących nieopodal.
Nie skorzystaliśmy z zaproszenia 😉

W Sydney byliśmy w sumie trzy razy. W czasie pierwszej wycieczki mieliśmy sztywno wyznaczone punkty do zobaczenia. Podczas kolejnych dwóch spacerowaliśmy bardziej spontanicznie, chodząc po ścieżkach nie opisanych w przewodniku. Polecamy obie opcje zwiedzania. Wydaje nam się, że wrócimy jeszcze do Sydney po raz czwarty, ale tylko po to, aby ruszyć na północ lub na zachód kontynentu.

Zobacz także:
Koala i kangury

3 Replies to “SYDNEY – SUBIEKTYWNY PRZEWODNIK”

  1. Świetne zdjęcia, sama również bym chętnie zwiedziła Sydney spacerując, wszystko bez pośpiechu! Mieliście również piękną pogodę, ale to chyba tam norma :-). Pozdrawiam i życze wam udanych wypraw. 50 zwiedzonych krajów robi wrażenie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *