PERU, HUANCAYO – CO ZOBACZYĆ?

Po dość wyczerpującej (pomimo komfortowych warunków panujących w autobusie Cruz
del Sur), siedmiogodzinnej podróży z Limy, dotarliśmy do położonego 3300
m.n.p.m. miasteczka Hunacayo, znajdującego się w Andach, w środkowym Peru.

Celem naszej wizyty były odwiedziny u znajomego misjonarza, ks. Mariusza. Zostaliśmy zaproszeni do głównej „bazy” polskich księży misjonarzy w mieście. Tam poznaliśmy ks. Macieja i ks. Jacka, którzy opowiedzieli nam troszkę anegdot i historyjek
dotyczących życia w Huancayo i okolicy. 

Kolejnym etapem naszej wizyty było zwiedzanie miasta.
Zaczęliśmy od… ZOO. Zostało ono założone przez lokalnego biznesmena, w dość nietypowym miejscu – wejście znajdowało się na samym szczycie góry. Wstęp kosztował 3 sole, czyli jakieś 3,5zł. Mieliśmy okazje zobaczyć
m.in. jaguara, tukany, papugi, żółwie, lwy, kondory oraz luwaki – zwierzątka słynące z wydalania ziaren doskonałej kawy. 

Miejscem wartym uwagi jest Parque de la Identidad Huanca. Mieszkańcy są z niego dumni i słusznie. Chociaż jest dość niewielki stanowi miłą odskocznię od szarych ulic miasta.
Udaliśmy się również do lokalnej katedry,
po czym zażyliśmy „kąpieli słonecznej” na głównym placu. Pomimo tego, że temperatura wahała się między 16-18 stopni Celsjusza, słońce grzało chwilami nie do zniesienia.

Ciekawą rzeczą, którą zauważyliśmy spacerując ulicami Huancayo (później zaczęliśmy to dostrzegać również w Limie), były ulice wyspecjalizowane w jednej branży. Np. ulica, na której znajdują się tylko sklepy z chemią, kolejna gdzie znajdują się tylko kwiaciarnie, na innej rowery, przecznicę dalej fryzjerzy lub naprawa samochodów.

Zaletą bycia gringo jest możliwość spróbowania wszystkich owoców, trudniej jest zapamiętać ich nazwy.

Po wszystkich tych atrakcjach zgłodnieliśmy i ks. Mariusz zabrał
nas na peryferia miasta, w celu spróbowania lokalnej potrawy o uroczo
brzmiącej nazwie Pacha Manca (najsłynniejszą potrawą Peru jest uwaga.. pieczony kurczak z ziemniakami!). Pokrótce wygląda to tak, że do
wygrzebanego w ziemi dołka wrzuca się rozgrzane kamienie, zwykle
otoczaki. Następnie układa się na tym drewno i znowu rozgrzane kamienie,
potem kładzie się mięso, może to być kurczak lub baranina. Do tego warzywa – bardzo popularna jest tam kukurydza, ziemniaki i bób. Następnie znów kładzie się na to warstwę rozgrzanych
kamieni, a wszystko przysypuje się ziemią. Smakuje lepiej niż z grilla, a
jeśli ktoś z was jadł kiedyś ziemniaki z ogniska, to może sobie
wyobrazić ten smak. Do popicia mieliśmy sok z choclo czyli czarnej
kukurydzy. Kosztowało nas to 20 soli, niby nie drogo, ale gdybyśmy nie wyglądali jak gringo, to na pewno zapłacilibyśmy jakieś 15 soli mniej. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *